Dwunastu gniewnych ludzi
Czy powinniśmy decydować o ludzkim życiu?, Jarosław Hebel, Moja Przestrzeń Kultury, 30.09.2026r.
Warto zobaczyć spektakl „Dwunastu gniewnych ludzi” w Teatrze Współczesnym. Ta sztuka wciąga widza w dyskusję na temat zasadności wykonywania kary śmierci. Sztukę rozsławił film pod tym samym tytułem w reżyserii Sydneya Lumeta. Zarówno film, jak i spektakl skupiają się na dwunastu przysięgłych, którzy mają wydać jednomyślny wyrok w sprawie młodego chłopaka oskarżonego o zamordowanie swojego ojca.
Choć inscenizacja nie analizuje samej etyki wykonywania kary śmierci w sposób czysto filozoficzny, to poprzez swoją konstrukcję bezpośrednio wciąga widza w dylemat moralny i dyskusję nad ostatecznością tego wyroku. Widzimy, jak w dusznej salce odbywa się wstępne głosowanie. Jedenastu przysięgłych uważa, że chłopak jest winny, a wyrok ma być czystą formalnością i wiązać się z karą śmierci. Tylko przysięgły numer osiem (Filip Kowalczyk) głosuje za tym, że oskarżony jest niewinny. Prawo wymaga jednomyślności, więc mężczyzna inicjuje dyskusję, żądając poważnej rozmowy o ludzkim życiu.
Przedstawienie zostało profesjonalnie wyreżyserowane i tak pomyślane, żeby wciągnąć widza w wir toczącej się dyskusji i uczynić go trzynastym przysięgłym. Gdy ogląda się ten spektakl, to wraz z innymi przysięgłymi na bieżąco analizuje się omawiane dowody rzekomo popełnionej zbrodni. Nie wiem, jaki jest werdykt innych widzów, ale sam raczej oddałbym głos uniewinniający oskarżonego. Nie bez wpływu na moją decyzję pozostają argumenty przedstawione przez przysięgłego granego przez Filipa Kowalczyka.
Bohater krok po kroku obala kluczowe argumenty oskarżenia, w wyniku czego w miarę upływu czasu rośnie napięta atmosfera, a pozostali przysięgli – motywowani własnymi uprzedzeniami, gniewem lub nowymi wątpliwościami – zaczynają zmieniać zdanie. Najbardziej oporny i emocjonalnie zaangażowany przysięgły numer trzy (Sławomir Orzechowski) pod wpływem argumentów i własnego oczyszczenia z osobistych traum ulega i oddaje głos za uniewinnieniem.
Spośród aktorów wyróżniłbym i szczególnie nagrodził ogromnymi brawami Szymona Roszaka, który niezwykle zachwyca. Świetny jest Mariusz Ostrowski jako dresiarz, którego zapamiętałem z roli Ernesta w serialu „Czas honoru”. Dostojnie zaprezentował się Krzysztof Wakuliński, pokazując wielką klasę, do czego chyba już przyzwyczaił widzów. Niezły jest Stępniak i dość mocno przekonujący Kowalczyk. Poprawnie zaprezentował się Charewicz jako przewodniczący obradującego grona przysięgłych.
Końcówka spektaklu, jak i kilka momentów w trakcie, zdecydowanie należy do Sławomira Orzechowskiego, który zagrał brawurowo jak przystało na mistrza sceny teatralnej. Pokazał wszystko, co najlepsze i w jaki sposób aktor może zawładnąć widzem przez cały czas trwania spektaklu. W każdym fragmencie Orzechowski bryluje i aż tęskni się za zobaczeniem tego aktora w głównej roli. Pragnę więc wykonać ukłon w kierunku dyrekcji Teatru Współczesnego i przyszłych reżyserów, żeby mieli to na uwadze. Nie mówię już o monodramie w wykonaniu Sławomira Orzechowskiego, co dla mnie byłoby niebagatelnym wydarzeniem.
W „Dwunastu gniewnych ludziach” idealnie wpisuje się prosta scenografia – wiatraki rozwiewające duchotę (także w ujęciu metaforycznym) oraz ławy dookoła ścian z siedzącymi na nich przysięgłymi i toczącymi spory. Celnym zabiegiem reżyserskim było pokazanie w chwilach zawieszenia dyskusji prywatnego oblicza niektórych przysięgłych, mających decydować o czyimś życiu. Dzięki temu dostrzegamy, że m.in. wywodzili się z różnych warstw społecznych.
Widzimy, jak gorąca panowała atmosfera w sali obrad. Może o tym świadczyć dający się łatwo wyłapać drobiazg – na początku przysięgły grany przez Sebastiana Świerszcza ma przyzwoicie zawiązany krawat, ale im bliżej końca jego krawat niechlujnie zwisa na rozpiętej u góry koszuli.
Niektórzy z przysięgłych zachowują się koniunkturalnie, skazują innego człowieka na śmierć, żeby mieć problem z głowy i móc na spokojnie zdążyć obejrzeć ważny dla nich mecz. Gdy to zobaczyłem, przypomniały mi się słowa Remarque’a z jego głośnej powieści „Nim nadejdzie lato”: „Życie jest czymś zbyt wielkim i również śmierć jest czymś zbyt wielkim – nie wypada się nimi bawić” (przekł. Ryszard Wojnakowski).
Ten spektakl ma wielką moc zaangażowania widza w dyskusję/ dialog nie tylko o karze śmierci jako nieodwracalnym unicestwieniu ludzkiego życia. Skłania bowiem również do refleksji nad przyczynami popełniania zbrodni i jest idealną zachętą do rozmowy o życiu.
