Dwunastu gniewnych ludzi
Współczesna dwunastka, Dominika Urbańska, Dziennik Teatralny, 28.09.2026r.
„Dwunastu gniewnych ludzi" – aut. Reginald Rose - reż. Piotr Ratajczak - Teatr Współczesny w Warszawie - premiera: 24.09.2026 r.
Wrześniowa premiera na Scenie Głównej Teatru Współczesnego w Warszawie przypomina widzom dramat sądowy „Dwunastu gniewnych ludzi" rozsławiony adaptacją filmową z 1957 roku, która na trwałe zapisała się w kronikach klasyki wielkiego kina.
Widmo śmierci na krześle elektrycznym to złowieszcza perspektywa szesnastolatka ze slumsów, który jest oskarżony o zabójstwo ojca. Jego los wydaje się przesądzony, ale ostateczny wyrok jest w rękach dwunastu przysięgłych, którzy na naszych oczach muszą podjąć decyzję z warunkiem jednomyślności. Kto zagłosuje inaczej, za uznaniem winy delikwenta lub jego uniewinnieniem, spowoduje skutek prawny z wyrokiem skazującym lub uwalniającym oskarżonego od potężnego, makabrycznego zarzutu.
Panowie ławnicy zgromadzili się paradoksalnie w całkiem dobrych nastrojach, pokrzepieni zestawem zebranych dowodów oraz zeznań świadków, a swe spotkanie traktują jako formalność, która przypieczętuje los zdemoralizowanego nastolatka z patologicznym rodowodem. Swobodnie dyskutują o sprawach codziennych, czekają na przyjemności wieczoru, przywołują w rozmowach codzienne obowiązki i drobne sprawy, które ich aktualnie zajmują dużo bardziej niż chłopak ze złamanym życiorysem, który prawie na pewno skończy się wraz z tą sprawą sądową raz na zawsze uwalniając społeczeństwo od zdemoralizowanej i zdegenerowanej jednostki stwarzającej zagrożenie dla uczciwych i porządnych obywateli wspaniałej i wielkiej Ameryki.
W tej komfortowej atmosferze wszechobecnego przekonania o słuszności skazania chłopaka za tak odrażającą zbrodnię, nagle w murze niezłomnej pewności pojawia się pęknięcie. Łatwość i prawidłowość decyzji poddaje w wątpliwość jeden z ławników, który wnosi o przedyskutowanie sprawy i ponowną analizę materiału dowodowego. Właściwie nie ma przekonania, że chłopak jest niewinny, ale uważa, że tak surowa i nieodwracalna kara wymaga pochylenia się nad sprawą wnikliwie i rzetelnie.
Natychmiast okazuje się, że ławnik nr 8 włożył kij w mrowisko poprzez swą wątpliwość i odrębne zdanie w pierwszym głosowaniu. Dwunastu przysięgłych zaczyna odkrywać przed widzami całą paletę zachowań wynikających ze stereotypów, uprzedzeń, osobistych doświadczeń, frustracji, a także pozycji społecznej, poziomu wykształcenia czy pochodzenia. Przynależność do nowojorskiej socjety lub klasy robotniczej, imigrantów, ludzi śniących amerykański sen, czy rozczarowanych pracowników klasy średniej determinuje poglądy i podsuwa stereotypowe rozwiązania. Struktura demograficzna ławy przysięgłych rzutuje na sposób myślenia i projektuje psychologię tej niejednorodnej społecznie grupy.
Napięcie wywołane zamkniętym pomieszczeniem, upałem i nadchodzącą burzą, ale przede wszystkim nieuchronnością decyzji w czasie, który chcą w większości skrócić do minimum, powodują eksplozję emocji i nieprzewidywalnych reakcji, ale jednocześnie zmuszają do myślenia i konfrontacji z teoriami oponentów.
Scena po scenie, kolejni przysięgli zmieniają zdanie, a logika taranuje początkowo niezbite dowody i niepodważalne relacje świadków.
Film Sidneya Lumeta z 1957 roku powstał po sukcesie telewizyjnej produkcji Reginalda Rose'a, zdobywając nominacje do Oscara i zyskując status dzieła ponadczasowego i kultowego w historii kinematografii. Elektryzujące kreacje w dramacie sądowym pozwoliły obnażyć wadliwe mechanizmy w wymiarze sprawiedliwości, a fabuła w kontekście szalejącego na początku lat 50-tych w Stanach Zjednoczonych makkartyzmu, miała szanse wniknąć do świadomości odbiorców rozbijając jednoznaczne osądy o rafy logiki i siły argumentacji ponad oceanem nienawiści i histerii. Może ku przestrodze, w obliczu dynamicznych przemian gospodarczo-społecznych, „Dwunastu gniewnych ludzi" mogło pretendować do socjologicznego hamulca napięć i lekko ferowanych niesprawiedliwych osądów.
Piotr Ratajczak jako reżyser, z emocjami na scenie swoich gniewnych ludzi postąpił sprytnie poprzez doskonałe dopasowanie aktorów do numerów ławników oraz tonowanie napięcia humorem i suspensem. Ławnik nr 3 zagrany przez Sławomira Orzechowskiego jest typem, który nieformalnie jako przywódca grupy nieomylnych przysięgłych epatuje agresją i lekceważącą postawą wobec innych, ale to on właśnie swoją interpretacją postaci rozluźnia atmosferę dramatu. Fantastyczny Krzysztof Wakuliński jako najstarszy z ławników łagodzi obyczaje podczas zebrania i konsekwentnie, z wdziękiem uroczego starszego pana ma niebagatelny, wręcz kluczowy po drugim głosowaniu wpływ na bieg wydarzeń. Leon Charewicz w roli przewodniczącego, niezłomnie i ze spokojem walczy z rebelią ławników, których czas prywatny jest ważniejszy niż życie drugiego człowieka.
Opracowanie muzyczne Piotra Ratajczaka, ruch sceniczny pod okiem Arkadiusza Buszko i wreszcie kostiumy według projektu Grupy Mixer utrzymują niezgodną i rozemocjonowaną grupę ławników w ryzach rygoru zebrania, zbiorowej odpowiedzialności i powagi sądu. Ławnicy wbici w szare uniformy akcentują jednak swoje indywidualne cechy poprzez spersonalizowane atrybuty wieku, pochodzenia, osobowości czy statusu materialnego. Scenografia i reżyseria światła autorstwa Marcina Chlandy z pewnością poszły z duchem czasu i są odmienne niż w ekranizacji z 1957 roku. Są zatem monitory oraz ruchoma scena, bardzo przydatna w sugestywnej symulacji wędrówki świadka po mieszkaniu, co jednak nie przysłania surowej prostoty sali obrad i nie zagłusza tego co najważniejsze – coraz bardziej precyzyjnie ważonych słów.
Piotr Bajor jako stonowany niemiecki imigrant daje lekcję tolerancji i siły logiki. Marcin Bubółka jest bardzo wiarygodny aktorsko w swej metamorfozie z nieśmiałego, wycofanego i zdominowanego ławnika w nieugiętego sprawiedliwego. Dariusz Dobkowski jako ławnik-robotnik bez kompleksów wnosi w werdykt prostotę rozumowania, bo czasem tak trzeba. Z kolei Filip Kowalczyk- „sprawca" całego zamieszania, od początku zachowuje spokój i konsekwentnie punktuje luki w ciągu przyczynowo skutkowym procesu, a jego empatia wobec oskarżonego wytrąca z emocjonalnej równowagi pozostałych ławników. Widzów łatwo wciąga w swoje przemyślenia i eksperymenty. Przemysław Kowalski śniący amerykański sen wreszcie zgrabnie ląduje w rzeczywistości, a Mariusz Ostrowski jako niecierpliwy, charakterny kibic jest zabawny, co nie znaczy, że nie niebezpieczny w swym niedbałym i aroganckim pośpiechu. Szymon Roszak dał popis gniewu, który nie chce przygasnąć wobec cudzych argumentów. Bardzo dobra, mocna rola, w której tkwi sedno bezkompromisowego zła. Marcin Stępniak wiarygodny w swej postawie, otwarty i poszukujący mimo przekonania o swojej racji oraz Sebastian Świerszcz, obserwujący, czujny, z własnym życiowym bagażem dopełniają zespół ławników. Role Sławomira Orzechowskiego, Mariusza Ostrowskiego i Szymona Roszaka potwierdzają, że ludzie agresywni i przemocowi starają się zdominować pozostałych. W społecznej strukturze, nieliczni idą pod prąd, reszta obserwuje i wybiera, podążając za grupą.
W inscenizacji Piotra Ratajczaka, twórcy puszczają trochę oko do widza dając przestrzeń do swobodnego śmiechu i zwykłej ciekawości. Pozwalają oddychać na tej zainscenizowanej sali obrad przysięgłych i odczuwać rozrywkową przyjemność z obserwowania wykreowanych na deskach teatru relacji i interakcji. Czarno - biały filmowy klasyk w dusznej, sądowej atmosferze został muśnięty humorem, naznaczony pozytywnie aktorskimi indywidualnościami, leciutko zliftingowany technologicznie, delikatnie podkoloryzowany. Te zabiegi nie zdusiły jednak powagi sytuacji i nie zdeprecjonowały humanistycznych dylematów.
Spektakl przypomina o zasadzie obiektywizmu, o sprawiedliwości i o tym, że Temida z opaską na oczach waży każde słowo argumentu i nie ma uprzedzeń. Sztuka przypomina też, że nie zawsze nasze tu i teraz jest najważniejsze, a człowieczeństwo potrzebuje czasu i dialogu. Projekcja panoramy Manhattanu z wieżami World Trade Center na koniec spektaklu boleśnie przywołuje tragiczne wydarzenia sprzed ćwierć wieku i koniec pewnej epoki- nie tylko dawnego amerykańskiego kina, ale także powszechnego bezpieczeństwa, które zaczyna się od bezpieczeństwa jednostki w sprawiedliwym społeczeństwie.
O to bezpieczeństwo i sprawiedliwość należy nieustannie zabiegać, choćby świat chwiał się w posadach.
