Pacyfiści
Kiedy kończą się deklaracje, Wiesław Kowalski, TeatrdlaWszystkich, 08.05.2026r.

Marek Modzelewski od kilku sezonów konsekwentnie opowiada o tym samym świecie — świecie ludzi przekonanych o własnej racji, nowoczesności i moralnej przejrzystości. „Wstyd”, „Kto chce być Żydem”, a teraz „Pacyfiści” tworzą właściwie nieformalny tryptyk o współczesnej klasie średniej, która świetnie radzi sobie z deklarowaniem wartości, znacznie gorzej z konfrontacją z własnymi emocjami, lękami i uprzedzeniami. Wszystkie trzy sztuki zaczynają się niewinnie: od rodzinnego spotkania, towarzyskiej rozmowy, sytuacji z pozoru banalnej. U Modzelewskiego właśnie takie drobiazgi najczęściej uruchamiają lawinę.

W „Pacyfistach” punktem zapalnym staje się decyzja o nieobecności jednego z chłopców na urodzinach kolegi organizowanych na strzelnicy. Powód wydaje się błahy, ale bardzo szybko okazuje się jedynie pretekstem do dużo głębszego konfliktu. Bohaterowie przychodzą na scenę wyposażeni w gotowe poglądy, wyuczone reakcje i język, którym na co dzień opisują samych siebie. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozmowa wymyka się spod kontroli, a pod warstwą towarzyskiej ogłady zaczynają wychodzić frustracje, kompleksy i potrzeba dominacji.

Blisko tu do „Wstydu”, gdzie rodzinne spotkanie również stawało się polem bezlitosnej konfrontacji między tym, kim bohaterowie chcieliby być, a tym, kim są naprawdę. Jednak „Pacyfiści” wydają się jeszcze bardziej gorzcy. Modzelewski mocniej niż wcześniej pokazuje, jak kruche bywają światopoglądowe deklaracje i jak szybko język wartości zamienia się w narzędzie wzajemnej przemocy.

Podobnie jak w „Kto chce być Żydem”, autora najbardziej interesuje nie sam spór ideowy, ale mechanizm społecznego pozowania. Bohaterowie „Pacyfistów” nieustannie próbują kontrolować sposób, w jaki są odbierani — jako rodzice, partnerzy, ludzie „świadomi”, nowocześni, moralni. Im bardziej jednak starają się utrzymać ten obraz, tym wyraźniej widać pęknięcia. Modzelewski bardzo celnie pokazuje moment, w którym dyskusja przestaje być wymianą argumentów, a staje się walką o zachowanie twarzy.

To kolejny tekst Modzelewskiego, który Jacek Braciak potrafił świetnie odczytać. Nieprzypadkowo wcześniej wyreżyserował „Kto chce być Żydem” w Teatrze Powszechnym w Łodzi, a jako aktor współtworzy warszawski „Wstyd”. Braciak bardzo wyraźnie ufa tutaj aktorom i samemu tekstowi. Nie próbuje budować spektaklu efektownymi środkami ani przykrywać dialogów nadmiarem inscenizacyjnych pomysłów. Najważniejsze pozostaje spotkanie czwórki bohaterów i napięcie, które narasta między nimi z każdą kolejną sceną.

Dzięki temu aktorzy dostają przestrzeń do bardzo precyzyjnej pracy.

Największe wrażenie robi Agnieszka Suchora. Jej Aldona mogłaby łatwo stać się jedynie karykaturą liberalnej inteligencji, ale aktorka buduje postać dużo bardziej skomplikowaną i niejednoznaczną. Suchora znakomicie pokazuje kobietę, która przez większą część wieczoru próbuje zachować kontrolę — nad sytuacją, emocjami i własnym wizerunkiem — choć z każdą minutą coraz wyraźniej wymyka się jej grunt spod nóg. To rola oparta bardziej na drobnych przesunięciach emocji niż na efektownych scenicznych eksplozjach. W spojrzeniach, zawahaniach czy zmianach tonu Suchora potrafi pokazać więcej niż w najbardziej gwałtownych wybuchach.

Bardzo dobrze partnerują jej Monika Krzywkowska i Mariusz Jakus, świetnie odnajdujący się w charakterystycznym dla Modzelewskiego balansie między komedią a psychologicznym realizmem. Wojciech Malajkat jako Julian od początku wnosi na scenę napięcie i poczucie nieustannej prowokacji. Jego bohater mówi spokojnie, momentami nawet z pozorną życzliwością, ale niemal każde zdanie podszyte jest potrzebą dominacji i ustawienia relacji na własnych zasadach.

Najciekawsze w „Pacyfistach” pozostaje jednak to, że spektakl nie daje widzowi komfortu łatwego opowiedzenia się po jednej stronie konfliktu. Modzelewski bardzo konsekwentnie podważa racje wszystkich bohaterów. Kiedy wydaje się, że ktoś na moment zdobywa moralną przewagę, autor szybko odbiera tę pewność i pokazuje kolejne warstwy egoizmu, pychy albo zwykłego zagubienia.

Dlatego „Pacyfiści” działają najmocniej nie jako satyra na konkretną grupę społeczną, ale jako opowieść o współczesnej potrzebie nieustannego budowania własnego wizerunku. O świecie, w którym poglądy coraz częściej stają się elementem autoprezentacji, a rozmowa bardzo szybko zmienia się w pojedynek o to, kto okaże się bardziej świadomy, bardziej moralny i bardziej „właściwy”.

„Pacyfiści” nie są może najbardziej odkrywczą sztuką Modzelewskiego, bo sam mechanizm konfliktu wydaje się znajomy. Ale dzięki świetnemu aktorstwu i bardzo świadomej, zdyscyplinowanej reżyserii Jacka Braciaka spektakl ma w sobie dużą siłę. To teatr oparty przede wszystkim na relacjach między ludźmi, na dobrze napisanym dialogu i na emocjach, które stopniowo wymykają się bohaterom spod kontroli. Im dłużej trwa ten wieczór, tym wyraźniej widać, że cała ta historia wcale nie dotyczy strzelnicy ani nawet wychowania dzieci. Chodzi raczej o to, jak bardzo potrzebujemy wierzyć w obraz samych siebie — nawet wtedy, gdy wszystko zaczyna się rozpadać.

Deklaracja dostępności